Do gospodarstwa agroturystycznego „Zapiecek” w Idzbarku na Mazurach Zachodnich trafiliśmy z polecenia znajomych. Byliśmy kompletnie wyczerpani po bardzo intensywnym roku szkolnym i zawodowym. To był ten pierwszy raz w moim życiu, kiedy o aktywnym urlopie myślałam z przerażeniem. Chciałam leżeć pod wisienką, obserwować chmury i jeść porzeczki prosto z krzaka...

 Zapiecek 1Fot. Joanna Błędzka

Zaczęło się od witryny internetowej. Pierwsze, co nas urzekło, to wprost magiczne zdjęcia. Wnętrza jak wycięte ze starych fotografii oraz rozłożysty orzech przyciągnęły nas ku sobie z niezwykła mocą. Moja córka, obejrzawszy galerię, złożyła ręce w zachwycie: Mamusiu, jak w Bullerbyn…

Mąż co prawda bał się, że umrze, gdy się go brutalnie odetnie od Internetu i rozważał podpięcie dożylne, ale gdy dowiedział się, że na miejscu jest WiFi, wziął głęboki wdech i ostrożnie wyraził opinię, że może jednak przeżyje. Po krótkich i sprawnych pertraktacjach mailowych wszystko zostało ustalone: jedziemy!

Idzbark, maleńka miejscowość, w której czas się zatrzymał, przywitał nas bardzo gościnnie. Niski, piętrowy budynek, opleciony obficie zielenią, mimo muru pruskiego nieodparcie kojarzył mi się z Zielonym Wzgórzem. Na spotkanie wybiegły nam dwa psy, a pan gospodarz zaprosił nas na pięterko, żeby pokazać nam pokój.

Pokój zielony, inspirowany kulturą i sztuką Azji, wydawał się wprost stworzony do odpoczynku. Zasadniczo trzyosobowy, jednak wstawienie dodatkowego łóżka dla synka nie było najmniejszym problemem.

Zapiecek 3Fot. Joanna Błędzka

Osiedliliśmy się zatem i zaczęliśmy poznawać najbliższy teren. Na początku przez dłuższą chwilę obchodziliśmy wszystkie kąty domu i w każdym było na co popatrzeć: w „Zapiecku” króluje styl retro, a urocze, staroświeckie przedmioty ozdabiają go w niepowtarzalny sposób. Zachwyca ilość książek, głównie w języku polskim i niemieckim.

Najbardziej podobała nam się wmurowana w kaflową kuchnię stuletnia gofrownica, która wciąż działa! Jednak nie na kuchni kaflowej gotują panie kucharki – „Zapiecek” dysponuje świetnie wyposażoną kuchnią, w której dla gości wytwarza się pyszne domowe specjały. Od razu zapytano nas, czy dołączymy wieczorem do ciepłego posiłku, który jest po prostu późnym obiadem, czy też skorzystamy może z ogrodowego rusztu, by piec na nim kiełbaski. Wybraliśmy pierwszą opcję i nie zawiedliśmy się – obiad był szczery, dobry, jak u babci: esencjonalna zupa pomidorowa, kotlety mielone, ziemniaczki z koperkiem, surówka z pomidorów malinowych o zapachu lata, zebranych w ogrodzie. Taki obiad, nieskomplikowany jak dzieciństwo, typowo polski, ale ugotowany od podstaw z naturalnych składników to marzenie zabieganych, miejskich ludzi. Do gustu przypadły nam też śniadania serwowane na szwedzkim stole: kawa, herbata, pyszne wędliny i sery oraz nieopisanie smaczne warzywa.

Zapiecek 4Fot. Joanna Błędzka

Teren wokół „Zapiecka” spełnił nasze wszystkie marzenia. Oczywiście dzieci natychmiast chciały pójść do zwierząt: „zapieckowe” mini-zoo składa się z kilku koni (można na nich pojeździć), królików, dwóch piesków (jeden emeryt, oba bardzo kochane) oraz pana kota o mylącym, damskim imieniu Lilly, włóczęgi i pieszczocha, który uwielbia, gdy goście poświęcają mu dużo uwagi, bo przecież gość jest po to, by kota drapać!

Oprócz tego jest zarybiony staw i ule, można więc kupić dobrej jakości miód. Syn złapał pierwszą w życiu rybę, pożałował jej w nieszczęściu i wpuścił z powrotem do wody. Na stanie są również rowery, huśtawki, pod wiatą znajduje się stół do tenisa stołowego, na rozległym trawniku świetnie gra się w piłkę nożną. Pod rozłożystym orzechem stoją drewniane stoły, czeka też na gości miejsce na ognisko wraz z ogrodowym grillem. Tu czuję się w obowiązku ostrzec Czytelników: ognisko w „Zapiecku” potrafi przeciągnąć się do późna w nocy. Może się okazać, że wraz z gospodarzem i innymi gośćmi będziemy do wtóru gitary śpiewać pod gwiazdami do trzeciej nad ranem…

Po dwóch dniach ekstatycznego chodzenia boso po trawie i picia kawy na świeżym powietrzu powoli zaczęliśmy odczuwać potrzebę rozejrzenia się po okolicy. Na pierwszy ogień poszła Ostróda, a w niej mały fort krzyżacki z pijalnią ziół i promenada, na której można zjeść naturalne lody o smaku zielonej pietruszki (rewelacja!). Godne polecenia są też rejsy organizowane przez Żeglugę Ostródzko-Elbląską, Odwiedziliśmy też skansen w Olsztynku, sanktuarium w św. Lipce, pola Grunwaldu i Wilczy Szaniec, gdzie mieściła się kwatera Adolfa Hiltera. Warmia i Mazury pokazały się nam od pięknej strony i na pewno będziemy chcieli tam powrócić.

Wróciliśmy do domu dopieszczeni, zregenerowani, odprężeni. I tylko żal, że pan kot Lilly nie chciał pojechać z nami...


Komentarze (0)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
Nie ma tu jeszcze żadnych komentarzy

Skomentuj

Posting comment as a guest.
Załączniki (0 / 2)
Udostępnij swoją lokalizację

ŚWIEŻO UPIECZONE

Zjedz literaturę: Kuchnia z Zielonego Wzgórza
Hobby i ćwiczenia przedłużą młodość mózgu
Zgrillowana majówka polska
Sałatka z kozim serem, boczkiem i szparagami
Gotuję, nie marnuję. Kuchnia Zero Waste po polsku.
Smoothie z ananasa, awokado i pomarańczy
„Taka, jak ja!” – lalka, która uzdrawia
Zarodki pszenne – odżywcza bomba
Świat „Gry o Tron” wyrzeźbiony w śniegu i lodzie
Moc wielkanocnego jajka
ArrowArrow
ArrowArrow
Slider