Od kilku lat kolekcjonuję książki kucharskie inspirowane literaturą. Jeżeli zastanawialiście się kiedyś, jak zrobić pachnące cynamonem kanelbullar, którymi zajada się Ericka Falck z książek Camilli Läckberg, gotując owsiankę czuliście się niczym Claire Fraser w siedemnastowiecznej Szkocji, a na myśl o sałatce śledziowej wracacie duchem do czasów, gdy w dzieciństwie śmialiście się nad kartkami „Dzieci z Bullerbyn”, to mam dla was dobrą wiadomość: nie jesteście sami.

Kuchnia z Zielonego Wzgórza 2Fot. Joanna Błędzka

Klasyczny mól książkowy, czytając, zapewne podąża za fabułą. Istnieje jednak specyficzna odmiana mola książkowego – mól kulinarny, zwany mądrze tineola culina. W przeciwieństwie do swojego krewniaka, tineola liber, nie interesuje się wyłącznie zapachem papieru i druku, natomiast ilekroć bohaterowie książki zaczynają się posilać, on zaczyna się zastanawiać, jak musi smakować to, co postać właśnie spożywa. Wśród pisarzy nie brakuje takich, którzy doskonale znają ten mechanizm:

„– Co czytasz, Aniu?

– Klub Pickwicka.

– Zawsze przy tej książce jestem głodna – rzekła Iza. – Ciągle tam mówią o jedzeniu. Wszyscy bohaterowie zajadają stale szynkę, jajka i popijają ponczem. Zazwyczaj po przeczytaniu jednego rozdziału muszę się trochę posilić. Ale właśnie przypomniało mi się, że jestem w tej chwili śmiertelnie głodna. Znajdzie się coś do zjedzenia w spiżarni, Królowo Aniu?

– Przygotowałam dziś rano doskonały pasztet. Możesz zjeść kawałek.

Iza wybiegła spiesznie z pokoju [...]”

Dialog, który Lucy Maud Montgomery umieściła w „Ani na Uniwersytecie”, świetnie pokazuje, że temat literatury i temat sztuki kulinarnej mogą znajdować się blisko siebie. Pytanie, czy gdybym chciała – na zasadzie reakcji łańcuchowej – odtworzyć przepis na pasztet, którym poratowała się w chwili głodu Iza Blake, miałabym się na czym oprzeć? Czy w zalewie książek kucharskich, tworzonych w odpowiedzi na różne potrzeby żywieniowe, znajdą się takie, które pomogą nam na chwilę posmakować życia ulubionych bohaterów literackich?

Okazuje się, że jak najbardziej. Dlatego z przyjemnością podzielę się z wami moją kulinarno-literacką półeczką.

Dzisiaj czeka nas podróż prosto na Zielone Wzgórze.

Kuchnia na Zielonym WzgórzuFot. Joanna Błędzka

Kiedy odkryłam, że Elaine Crawford, cioteczna wnuczka Lucy Maud Montgomery postanowiła wraz z córką Kelly opracować i wydać przepisy sławnej krewniaczki, wiedziałam, że moja dusza bibliofilki i kucharki nie oprze się tej pozycji. Po prostu musiałam ją mieć. A gdy tylko wzięłam ją do ręki, przekonałam się, że trafiła mi się prawdziwa perełka. Książka jest cudownie wydana – edycja retro, cała w odcieniach sepii, pełna rodzinnych zdjęć i wspomnień z życia zwykłych Kanadyjczyków (szkockiego pochodzenia, co widać również w przepisach) u progu XX wieku – ma w sobie czar starego, prywatnego notatnika. Z ogromną przyjemnością czytałam o niespiesznych podwieczorkach na plebanii u MacDonaldów, o piknikach na starej farmie McNeillów, o tym, jak Maud wypróbowywała pierwszą kuchenkę elektryczną w swoim życiu: „Dzisiaj zainstalowano mi kuchenkę elektryczną. Pewnie ja polubię. Jest czysta, wygodna. Gdybym jednak mogła, wolałabym mieć stary piec „Waterloo” i mnóstwo porządnego drewna!”

Jakże to mi przypomina moje pierwsze starcia z płytą indukcyjną i brak żywego ognia, który zapewniała mi przedtem kuchenka gazowa!

Od książki kucharskiej oczekiwałam jednak czegoś więcej niż przyjemności płynącej z lektury. Czy będzie funkcjonalna? Czy dam radę cokolwiek z niej przyrządzić, czy też będę sobie ją po prostu kolekcjonersko trzymać na półce?

Kuchnia na Zielonym Wzgórzu musiała zapewne pracować nieustannie, by wytworzyć wszystkie te staromodne potrawy. Przepisy Maud są czasochłonne, obfite i szczere. Mnóstwo masła, cukru i śmietanki (w głowie echem odbijają się strzępki zabawnych cytatów o tym, że „na Złotym Brzegu nie liczy się jajek”), pieczenie w zawiesistych sosach z owocowymi dressingami, różne rodzaje puree. Kuchnia prosta i bardzo konkretna, przypomina mi tradycyjny polski obiad mojej babci: rosół, pieczoną kurę i sałatę ze śmietaną. Gdyby moja babcia miała do dyspozycji bataty, orzechy pekan i syrop klonowy, dogadałyby się z Maud. I te ciasta! Wieloetapowe, obsypane bakaliami, uszlachetnione bezą, nasączane, pachnące skórkami cytrusów, dekadencko podkręcone serami, udekorowane… To własnie w tej dziedzinie, tak bardzo stwarzającej, jak mawiała Ania, „pole dla wyobraźni”, musiała się realizować artystyczna dusza autorki.

Muzeum Zielone Wzgórze kuchniaMuzeum Ani z Zielonego Wzgórza - Green Gables House (fot. jockrutherford via Flickr)

Kategoria dań, która mocno mnie zaskoczyła, to sałatki. Maud rozumiała je bardzo specyficznie: większość sałatek to… wytrawne, wegetariańskie galaretki. Galaretka pomidorowa, ogórkowa, marchwiowo-ananasowa z pomarańczą, żurawinowa wytrawna. Często uformowane w piękne kształty, lekkie, musiały też być obłędnie kolorowe – taki dodatek pewnie dziś bardzo by zaskoczył i, o dziwo, świetnie wpasowuje się we współczesne trendy dań zdrowych i lekkich. Wiem, że koniecznie muszę wypróbować te przepisy na moich wegetariańskich przyjaciołach!

Na uwagę zasługują wszystkie te drobne szczegóły, które pozwalają na odtworzenie tego, z jakim szacunkiem w tamtych czasach podchodzono do jedzenia. Potrawy przyrządzano bez pośpiechu przez wiele godzin. Sporo przepisów to przepisy wpisujące się w trend zero waste, czyli pozwalające na wykorzystanie pozostałości, by nic się nie marnowało – na przykład „wołowina w trzecim rzucie”. Komentarz nad przepisem głosi: „Przygotowałaś pieczeń. Następnego dnia pokroiłaś ja w plastry do kanapek. Co zrobić, jeśli zostało jeszcze trochę mięsa?”.

Kilka dań to tak zwane dania „fałszywe: niby-kaczka wieprzowa, sos niby-holenderski, placek niby-wiśniowy. Uświadamia nam to, jak mocno w tamtych czasach rytm życia związany był z porami roku. Jeżeli wiśni nie było, to nie było. Nie walczyło się z naturą. Nie kupowało się w markecie owoców z Madagaskaru, nie wyciągało się mrożonych zaskórniaków z zamrażarki, bo zamrażarka była piękną abstrakcją. O tym, że autorka żyła w czasach bez zamrażarek i lodówek, świadczy też to, że czasem korzystała z konserw. Łosoś z puszki, skondensowane mleko – tym ratowano się, gdy morze lub krowa odmówiły tego dnia współpracy. Po tę deskę ratunku sięgano jednak, jak mi się wydaje, nieczęsto. Za to robiono własne przetwory: dżemy, konfitury, wina. Bardzo ciekawą propozycją jest wino z mniszka, rodzynkowe i słynne wino porzeczkowe – pewnie to samo, którym Bogu ducha winna Ania upiła w powieści Dianę.

Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza daryl mitchell via FlickrMuzeum Ani z Zielonego Wzgórza - Green Gables House (fot. daryl_mitchell via Flickr)

Redaktorki starego notatnika, obie panie Crawford, zadały sobie wiele trudu, by przepisy przetestować w rodzinnej restauracji. Niech im będą za to dzięki, bo proporcje w recepturach pisarki mogą niejednokrotnie przyprawić o zawrót głowy. Tam, gdzie przepis jest obliczony na sto ciastek, proponują modyfikację pozwalająca na upieczenie dwudziestu. Redukują ilość cukru i tłuszczu do rozsądnych rozmiarów, proponują zamienniki produktów, które współcześnie są trudno dostępne, wpisują precyzyjne instrukcje w luki, w których ciocia Maud postępowała „na oko”. To sprawia, że z książki rzeczywiście można korzystać. Czy na co dzień? Pewnie nie. Ale jeżeli planujecie zaprosić gości i wiecie, że lubią zjeść tradycyjnie, ale z twistem, inspiracji na pewno nie zabraknie.

Tylko pamiętajcie: nie wlewa się kropli walerianowych do ciasta.

Kuchnia z Zielonego Wzgórza 3Fot. Joanna Błędzka

 


Komentarze (0)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
Nie ma tu jeszcze żadnych komentarzy

Skomentuj

Posting comment as a guest.
Załączniki (0 / 2)
Udostępnij swoją lokalizację

NA DOKŁADKĘ

Zjedz literaturę: Kuchnia z Zielonego Wzgórza
Zjedz literaturę: Kuchnia z Zielonego Wzgórza
Hobby i ćwiczenia przedłużą młodość mózgu
Hobby i ćwiczenia przedłużą młodość mózgu
Zgrillowana majówka polska
Zgrillowana majówka polska
Sałatka z kozim serem, boczkiem i szparagami
Sałatka z kozim serem, boczkiem i szparagami
Gotuję, nie marnuję. Kuchnia Zero Waste po polsku.
Gotuję, nie marnuję. Kuchnia Zero Waste po polsku.
Smoothie z ananasa, awokado i pomarańczy
Smoothie z ananasa, awokado i pomarańczy
„Taka, jak ja!” – lalka, która uzdrawia
„Taka, jak ja!” – lalka, która uzdrawia
Zarodki pszenne – odżywcza bomba
Zarodki pszenne – odżywcza bomba
Arrow
Arrow
Slider