Macierzyństwo – piękne, wzniosłe, wzruszające, nadające życiu kobiety sens. A jednocześnie nierzadko pełne wyrzeczeń, obowiązków, wiecznego poczucia braku czasu i stresu. Jest w nim jednak magia, która sprawia, że burzliwe wydarzenia szybko ulatują z pamięci, w której zostają wyłącznie radosne i czułe wspomnienia. I chociaż Hanisława mocno daje się czasem mamie we znaki, to Natalia Rogalska i tak uważa się za najszczęśliwszą kobietę na świecie. Czasem tylko daje upust emocjom na blogu „Matka Nieidealna”.

Natalia Rogalska Matka nieidealnaFot. prywatne archiwum Natalii Rogalskiej

Dlaczego Natalia Rogalska jest matką nieidealną?

Dlatego, że chyba każda z nas odstaje od lansowanego obecnie wzorca matki – pięknej, zawsze zadbanej i doskonałej w każdym calu. Od kiedy urodziła się Hania, starałam się być taka idealna. Przestrzegałam wszystkich zasad, jakie mi przekazano w szkole rodzenia, jak uczono w książkach, jak uczyła mnie mama, teściowa, babcia. A później stwierdziłam, że funkcjonowanie według tych wszystkich zaleceń i porad jest niemożliwe. Trzeba czasem po prostu wrzucić na luz i zrobić coś tylko dla siebie. Dlatego jestem nie-idealna. Bo bywa, że zamiast gotować dziecku obiadek na parze, otwieram słoiczek. Gdy chcę mieć chwilę na moje sprawy i potrzeby, włączam bajkę lub podsuwam do zabawy komórkę.

Nasze mamy i teściowe też musiały sobie radzić z tymi samymi obowiązkami i z pewnością nie raz chodziły na skróty. To normalne, gdy do wykonania jest wiele różnych rzeczy naraz. Co się twoim zdaniem stało, że z tego zwykłego sposobu działania trzeba się tłumaczyć.

Dużą winę ponoszą za to media, które kreują matki na takie właśnie chodzące ideały. Ostatnimi czasy wiele sławnych kobiet, głównie celebrytek, zostało matkami, o czym z dumą opowiadają całemu światu. I one właśnie są pokazywane jako takie perfekcyjne mamy. Ich dzieci są zawsze czyste i grzeczne, one same są zawsze piękne, ze starannym makijażem, elegancko ubrane. A ja budzę się rano i zamiast się stroić, ruszam do tej mojej macierzyńskiej pracy. Przez pierwszych kilka miesięcy do południa chodziłam w szlafroku, bo po prostu nie miałam czasu na siebie samą. Ciężko było mi zapanować nad tym, co się wtedy wokół mnie działo. Łatwo być taką wzorcową matką, gdy ma się dookoła sztab ludzi, którzy w tym pomagają. Nasze mamy też przeżywały trudne chwile, ale one z czasem ulatują z pamięci i zostają tylko te dobre wspomnienia. Dlatego też sposób, w jaki byliśmy przez nie wychowywani, nie wydaje się jakkolwiek niewłaściwy, a one same udzielają rad, jak być powinno.

W tym, jak opisujesz swoje doświadczenia, widać duży dystans nie tylko do ciebie jako matki, lecz także do jako żony, pracownika i po prostu kobiety. Czy ten dystans jest wrodzoną cechą, czy musiałaś go nabrać, żeby te wszystkie role pogodzić?

Z natury bardzo przejmuję się wszystkim i wszystkimi. Mój obecny sposób patrzenia na świat to zasługa męża, który od samego początku naszej znajomości mówił, że powinnam to zmienić. Wciąż powtarzał „wyluzuj, przestań się spinać, daj spokój, to nic takiego”. I w pewnym momencie zaczęłam postępować zgodnie z jego radami. Nie można brać życia całkowicie na serio, bo to rodzi ogromny stres i tylko stres. To samo dotyczy też macierzyństwa – gdybyśmy brali je wyłącznie na poważnie i z każdego wydarzenia robili wielką rzecz, to nie skończylibyśmy dobrze.

W jednym z wpisów stwierdziłaś, że gdy wychodzisz na spotkanie ze znajomymi, bez męża, bez Hani, zdarza ci się dojść do momentu, w którym z ludźmi nie mającymi dzieci nie masz już wspólnego języka. Nie uwierzę, że twój świat nagle skurczył się do rozmiarów słoiczka z zupką i o niczym innym nie jesteś w stanie rozmawiać.

To prawda, że ten świat mocno się ograniczył. Chociaż powinnam chyba raczej powiedzieć – zmienił. Przed urodzeniem Hani miałam dużo czasu dla siebie, na realizację swoich planów, byłam aktywna zawodowo, zajmowałam wysokie stanowisko. Kiedy pojawiło się dziecko, dalej mam te plany i myślę o sobie, wróciłam też do pracy. Ale życie i tak samoistnie zwolniło. W jego centrum jest Hania, ale to moja świadoma decyzja. Macierzyństwo bardzo mi odpowiada, przynosi mi ogromną radość. Może rzeczywiście jestem nim tak pochłonięta, że chciałabym mówić tylko o tym.

A otoczenie rozumie to twoje zatracenie?

Mam taką nadzieję (śmiech). Zawsze proszę moich znajomych, żeby dali znać, jeśli będę już nieznośnie monotematyczna. Na razie nikt jeszcze nie zgłosił żadnych zażaleń. Więc chyba nie jest ze mną tak źle.

Blogi parentingowe są w tej chwili niezmiernie popularne. Kobiety wyjątkowo chętnie dzielą się swoimi przeżyciami i spostrzeżeniami. Są też ojcowie, którzy aktywnie prowadzą swoje blogi. Chwilami odnoszę wrażenie, że pisanie o posiadaniu dziecka stało się po prostu modne. Co ciebie skłoniło do napisania pierwszego zdania?

Właśnie ten fałszywy wizerunek idealnego macierzyństwa. Trafiłam kiedyś na jeden z najpopularniejszych blogów poświęconych byciu matką i to, co pisała jego autorka, nijak się miało do tego, co na ten temat myślałam ja. Moja rzeczywistość była diametralnie różna i czułam się niemal dokładnie na odwrót, niż tamta kobieta. Hania miała wtedy trzy miesiące, a ja siedziałam na kanapie potwornie zmęczona, chwilami bezradna, ubrana w ten nieszczęsny szlafrok. I postanowiłam wtedy napisać, jak wygląda macierzyństwo z mojej perspektywy. Czasem oczywiście nieco wyolbrzymiam pewne rzeczy i często ironizuję, bo tak działa ten mój dystans. Wkrótce po tym, jak stworzyłam „Matkę nieidealną”, odezwało się do mnie mnóstwo kobiet przyznających, że to, o czym piszę, jest także ich rzeczywistością i do tej pory były przekonane, że są jakimś niechlubnym wyjątkiem, bo takie z nich przecież nieporadne i fatalne mamy. A matka nieidealna to po prostu matka normalna.

To znaczy, że w polskich domach siedzą rzesze mam pełnych wyrzutów sumienia?

A jak tu nie mieć wyrzutów sumienia, gdy media pokazują ten wyidealizowany, wystylizowany wizerunek nowoczesnej matki? Gdy pokazują księżną Kate, wychodzącą ze szpitala dziesięć godzin po porodzie – pięknie ubraną, umalowaną, ze starannie ułożonymi włosami, z idealną fryzurą i szerokim uśmiechem? Niestety takie przekazy powodują, że zwykłe kobiety czują się po prostu fatalnie. Niestety większość ludzi bezkrytycznie przyjmuje takie informacje i nie wierzą, ile w tym wszystkim jest rzeczywistości, a ile medialnej kreacji.

Dużo piszesz też o sferze intymnej i tym, co wiąże się z fizycznością kobiety. Przyznajesz się do tego, że twoje ciało funkcjonuje inaczej, że dopadają cię huśtawki nastroju i czasem jest ci ciężko wytrzymać samej ze sobą...

Bo tak jest. Zdecydowana większość tych opowieści to opis moich doznań, ale zdarza mi się też pisać o tym, co słyszę od moich koleżanek lub co u nich zaobserwowałam. Dla mnie najgorsze było karmienie piersią i początki wspominam naprawdę źle – ból, lejąca się strumieniami krew... To był istny koszmar. A Hania mówiła smoczkowi i butelce zdecydowane „nie”. Tymczasem w szkole rodzenia przeprano mi mózg i wmówiono, że karmienie dziecka z butelki to wyrządzanie mu krzywdy i popełnianie największego matczynego grzechu. Pamiętam z zajęć kobietę, która przyznała, że nie będzie karmiła dziecka piersią. Została mocno skrytykowana i do końca zajęć nawracana na jedną słuszną drogę. Tak się zaczyna budowanie wizerunku matki idealnej.

A gdzie w tym wszystkim są ojcowie? Na „Matce nieidealnej” Pan Tato odgrywa zdecydowanie drugoplanową rolę, a czasem wręcz statysty. Jakże to?

Pisanie bloga wymaga zrezygnowania z niekiedy dużej części prywatności. Pana Tatę opisuję często, jednak staram się robić to tak, by pozwolić mu zachować tę prywatność i nie naruszać jego osobistej przestrzeni. Zwłaszcza że bardzo mnie wspiera, dużo pomaga, jest tatą idealnym i prawdziwym idolem Hani. Dzięki niemu mam czasu na prowadzenie tego „pamiętnika”. Pan Tato napisał zresztą kiedyś swój artykuł, w którym opisał, co przeżywa ojciec przez kilka dni po narodzinach dziecka. Jest przy nas cały czas, za co jestem mu bardzo, ale to bardzo wdzięczna.

Niemożliwe, żeby ta idylla trwała przez 365 dni w roku. Piszesz o zwykłym, nie-idealnym życiu, zatem na pewno zdarzają się rzeczy, które cię denerwują? Na co się złości matka nieidealna?

Oj, dużo jest takich rzeczy, zwłaszcza że jestem niestety choleryczką. Rodzina nie ma ze mną łatwo (śmiech). Wkurzają mnie codzienne drobiazgi - Hania, która stawia opór przy ubieraniu lub nie chce jeść, a ja właśnie spędziłam trzy godziny przy garach szykując ten obiadek na parze. Złoszczę się, gdy coś mi się nie udaje, gdy Pan Tato coś przeskrobie. Ale generalnie z mojego życia jestem bardzo zadowolona. Nauczyłam się funkcjonować na nowych zasadach, lepiej organizować swój dzień i coraz mniej przejmować się rzeczami mało istotnymi.

Ciężko było ci wrócić do życia zawodowego?

Było i nadal jest ciężko. Mam to szczęście, że mój pracodawca umożliwia mi pracę na moim dotychczasowym stanowisku i w dodatku na część etatu, co u nas jest niestety rzadką praktyką. Zjawiam się w pracy dosłownie parę minut przed czasem, bo muszę rano załatwić znacznie więcej spraw. Muszę też cały czas zachować pełną koncentrację, żebym zdążyła ze wszystkimi zadaniami i mogła punktualnie wyjść z biura. A to nie jest wcale łatwe, gdy przez głowę stale przewijają się myśli o tym, co w tej chwili słychać u Hani. Tęsknię za nią i bardzo chciałabym spędzać z nią całe dnie. Ale zdaję sobie sprawę, że w dłuższej perspektywie praca pozwoli mi zachować równowagę w życiu.

Czujesz się autorytetem dla innych mam?

Nie i staram się nim nie być. Jestem na to zdecydowanie za młoda i za mało doświadczona. Chociaż przyznaję, że miałam przez chwilę tendencję do dawania rad i pouczania. Ktoś jednak pokazał mi, że jeszcze wiele muszę się sama nauczyć, zanim będę mogła tych rad udzielać. Przyjęłam to z pokorą, bo szybko zrozumiałam, że to prawda. Piszę o sobie i jeśli ktoś z tego wyciągnie dla siebie coś wartościowego, to świetnie. Odpowiadam często na konkretne pytania od czytelniczek, ale zawsze podkreślam, że moje opinie dotyczą moich przeżyć i realiów, w jakich ja żyję. Poza tym mnie samą irytuje wygłaszanie prawd objawionych i jedynie słusznych opinii. Każdy powinien iść swoją drogą i szanować zdanie innych. Można i warto dyskutować, ale niczego nie mamy prawa narzucać. To, co działa u mnie, niekoniecznie musi sprawdzić się gdzie indziej.

Z pewnością słyszałaś to pytanie już nieraz, ale i tak je zadam. Co ci dało macierzyństwo?

Wbrew pozorom to pytanie pada rzadko... Macierzyństwo mnie naprawiło. Kilka lat przed pojawieniem się Hani usłyszałam, że mam siano w głowie. I jak patrzę na to z obecnej perspektywy, rzeczywiście tak było. Żyłam sobie beztrosko i nie zwracałam uwagi na wiele ważnych w życiu rzeczy. Hania sprawiła, że zaczęłam się zatrzymywać i zwracać uwagę na drobne sprawy, które potrafią przynieść prostą, czystą radość. Nagle zaczęłam widzieć, jak ładne kolory mają jesienne liście. Czytam jej bajki, które często bawią mnie samą, zdarza mi się szaleć z nią na placu zabaw. W pewnym sensie po raz kolejny przeżywam swoje dzieciństwo. Dzięki niej stałam się nie tyle lepszym człowiekiem, co pełniejszym, świadomym tego, że życie jest krótkie i kruche, trzeba więc korzystać z tego, co nam ono oferuje. Macierzyństwo sprawiło, że na koniec dnia czuję, że jestem dokładnie w swoim czasie i miejscu.

 


Komentarze (0)

Ocena 0 z 5 na podstawie 0 głosów
Bądź pierwszym Czytelnikiem, który skomentuje ten artykuł.

Skomentuj

Opublikuj komentarz jako gość.
Załączniki (0 / 2)
Udostępnij swoją lokalizację

MYŚL TYGODNIA

Złote myśli 1 3

NA DOKŁADKĘ

Herbaciany rytuał łączy ludzi
Herbaciany rytuał łączy ludzi
Z wizytą u świętego Mikołaja
Z wizytą u świętego Mikołaja
Prezent: świąteczny planner i lista zakupów
Prezent: świąteczny planner i lista zakupów
Black Friday to dopiero początek!
Black Friday to dopiero początek!
Amarantus – jak to jeść?
Amarantus – jak to jeść?
Dlaczego szef sprawdza podwładnych?
Dlaczego szef sprawdza podwładnych?
Eko-moda: kurtka z 21 butelek
Eko-moda: kurtka z 21 butelek
Smaczny start o poranku
Smaczny start o poranku
Arrow
Arrow
Slider